Błękitny uśmiech

Niejeden z nas powinien brać z niego przykład. Pomimo wielu przeciwności losu udowodnił, że warto mieć marzenia. Dążyć do nich wytrwale, pokazać światu, że jeżeli tak naprawdę się chce – można wszystko.

Poznajcie Przemka, człowieka z Opalenicy, który zwiedził już wiele krajów Europy. Na tym jednak nie poprzestaje i pragnie jeszcze więcej. Zapraszamy do lektury.

Opalenica24: Proszę, powiedz nam coś o sobie. Czym się na co dzień zajmujesz?

Przemek Kowalik: Aby odpowiedzieć na to pytanie słowem wstępu muszę powrócić do wydarzenia, które zmieniło moje życie w kilku sekundach: otóż jedenaście lat temu miałem poważny wypadek komunikacyjny – zwykły los, nic więcej, przypadek. Złamałem kręgosłup szyjny. Wsiadłem do samochodu, a następnego dnia kiedy otworzyłem oczy obudziłem się jakby w innym świecie. Po operacji, pani doktor powiedziała: Przemek, jeden do miliona, że będziesz chodził. Nigdy, ani wtedy ani później nie zadawałem sobie pytania: dlaczego ja? Po prostu stało się coś co było nieodwracalne. Nie miałem żalu do nikogo! Po raz pierwszy w życiu przyszło mi się zmierzyć z samym sobą na poważnie – taka prawdziwa chwila prawdy! Dzisiaj budzę się, uśmiecham i wiem, że nie jestem sam. Mam rodzinę, najlepszych sąsiadów, wspaniałych przyjaciół. Utrzymuję wiele kontaktów, dzielę się swoim doświadczeniem. Dużo czytam, dużo piszę, spotykam ciekawych ludzi, rozmawiam. Zabieram psy na spacer i cieszę się tymi chwilami. Ale zanim do tego doszedłem wiele razy stawałem na krawędzi.

O24: Podróż po kraju z zachodu na wschód, czy na Wyspy to tylko jedna z wielu Twoich podróży, skąd biorą się pomysły na takie wyprawy?

PK: Wszystko o czym rozmawiamy trudno pomieścić w kilku zdaniach. Dla mnie zawsze najważniejsza była wolność. Każda wyprawa, podróż była ważna. Przede wszystkim z każdym przebytym kilometrem stawałem się silniejszy. Stawiałem sobie cele, ale… W drodze spotykałem wspaniałych ludzi, poznawałem nowe miejsca. Każdy dzień w trasie to swego rodzaju wyczyn dla organizmu, dla ciała, dla mnie. To wszystko nadawało sens. Pewnego dnia zrozumiałem, że cel jest tylko punktem odniesienia, a to co przeżyjemy w drodze, to jaki trud włożymy w przygotowania i realizację sprawia o wiele więcej radości. Oczywiście cel jest też ważny, nie pozwala się poddać. Jednak to droga jest najważniejsza. Jeśli chodzi o mnie? Nie jestem wyczynowcem, nie oczekiwałem za to co robię żadnego medalu, pucharu, dyplomu. Kiedy stanąłem na Cliffs of Mohers w Irlandii ponad 200 metrów nad Atlantykiem czułem się tak jak nigdy wcześniej… Wolny. Tylko tyle i aż. Mi wystarczy. A Ci wszyscy ludzie, którzy mnie wspierali, pomagali są wciąż blisko. Wiedzą, że miarą sukcesu nie jest tylko liczba zer na koncie czy miejsce na podium. Tak jak czasem walka polega na nie poddawaniu się. Przede wszystkim trzeba chcieć! Pierwszy krok należy zawsze do Ciebie! Sukces zawodowy to także droga. Po prostu, droga. Załóż sobie za cel: zarobienie miliona złotych. Gdy go osiągniesz zrozmiesz jak było ciężko, ile Ci to zajęło?! Potem o tym opowiesz… Być może dlatego, kiedy spotykam takich ludzi, spotykam się ze zrozumieniem i uśmiechem. Żyję. Jestem wolny. Chodzi o wolność, o uśmiech i marzenia…

O24: Ile kilometrów już pokonałeś podczas swoich podróży? Jaka była twoja najdłuższa trasa?

PK: Nie liczyłem. W sumie na „Niebieskim” – tak nazwałem swój wielki wózek elektryczny, przejechałem ponad 15 000 kilometrów. Najdłuższa trasa? Droga do Poznania i z powrotem. Pojechałem odwiedzić kolegę w szpitalu, nie widziałem go dłuższy czas. Do domu wróciłem nad ranem. To było jakieś 103 albo 105 kilometrów. Poza tym wyprawa do najjaśniejszej latarni Europy – Phare du Creac’h na wyspie Ouessant dwa lata temu. Ponad 2400 km. Myślą przewodnią projektu wyprawy była „nadzieja”. Nadzieja jako światło, światło jako nadzieja. Marzenia i przygoda. I nawet jeżeli droga jest tak długa, to warto, bo nadzieja nigdy nie umiera, nie gaśnie, tak jak latarnia na Wyspie Mgieł. Nie można się poddawać, mimo wszystko! A marzenia… Trudno bez nich żyć.

O24: Miałeś chwile zwątpienia na trasie?

PK: W podróży, tak samo jak na co dzień, ważny jest kompromis, szacunek. Taka wyprawa może być wielką przygodą ale to również obowiązki. Są rzeczy które trzeba, po prostu, zrobić. Jeżeli zacznie się patrzenie jeden na drugiego, to zaczyna się robić nieprzyjemnie, a przecież nie o to chodzi. Nie wszystko można przewidzieć, dlatego tego typu podróż jest także wielką próbą charakteru. Nie, jeśli chodzi o mnie nie zwątpiłem ani przez chwilę, za to zawsze, martwiłem się o moich współtowarzyszy podróży i nie tylko.

Sao Pedro de Moel

O24: Czy planujesz w najbliższym czasie kolejną podróż, jeżeli tak to gdzie się wybierasz?

PK: Niestety nie w tym roku, nie wszystko można mieć na pstryk! Ale tak, chciałbym powrócić do Ouessant w Bretanii we Francji i do latarni – jest przepiękna. Cała wyspa jest urocza, malownicza, ma też swoją mroczną historię, z którą warto się zapoznać – naprawdę! To najdalej położone miejsce na północny zachód kontynentalnej Europy. Stamtąd chciałbym wyruszyć wzdłuż Zatoki Biskajskiej do zachodniej Galicji w Hiszpanii; w średniowieczu Przylądek Fisterra uznawany był za koniec świata. Projekt wyprawy nazwałem „Błękitny uśmiech” z uwagi na szczególną charakterystykę mapy trasy, rozciągającą się wzdłuż wybrzeża Oceanu Atlantyckiego. To jakieś 2000 kilometrów. W trasę wplata się Szlak św. Jakuba do Santiago de Compostela, co może być równie wielkim przeżyciem duchowym. Na Camino de Santiago idze się dla samego siebie… Poza tym uważam, że uśmiech i pogodne usposobienie jest kluczem, który otwiera niejedne drzwi i pomaga na co dzień, w życiu. Bez tego klucza nigdy nie wyszedłbym z domu.

BU

O24: Nadal szukasz towarzyszy do swoich podróży?

PK: Tak, jesteś chętny? Szukam.

O24: Dla wielu osób jesteś wzorem do naśladowania, przykładem, idolem – jak się z tym czujesz?

PK: Na pewno o mnie mówisz? Nie czuję się nikim wyjątkowym jeśli tak jest, to Ty też jesteś idolem i… właściwie każdy z nas, każdy człowiek jest inny, a więc w jakiś szczególny sposób, dla kogoś, wyjątkowy. Natomiast jeżeli udało mi się tym co robię i jak żyję, sprawić komuś radość, cieszę się. O to chodzi. Miło mi. Nie mniej jednak jest to zasługa wielu ludzi. Wszystkim jestem bardzo wdzięczny, dziękuję.

O24: Jakie jest Twoje największe marzenie?

PK: Hmm… Jestem poszukiwaczem, takim życiowym włóczęgą, wciąż w drodze. Już dawno wymazałem w swoim słowniku pojęcie i znaczenie słowa „niemożliwe”. To nie oznacza, że zaraz wstanę i zacznę chodzić. Chyba dotarłem do takiego momentu w swoim życiu, gdzie nie muszę już sobie niczego udowadniać. Znam już swoje możliwości i jestem przekonany, że w każdym człowieku drzemie taka siła. Trzeba tylko uwierzyć i chcieć! Dostałem od Boga, od losu drugą szansę… Od pani doktor po operacji dostałem jedną szansę na milion, że będę chodził i chyba ją wykorzystałem. Mimo poważnego urazu rdzenia podniosłem się i nauczyłem chodzić na wózku… Cuda się zdarzają. Cuda nas otaczają ale nie zauważamy tych w dzisiejszym pędzie życia.

Kilka tygodni po wypadku leżałem w pewnym szpitalu, wtedy jeszcze ruszałem tylko głową. Lato tego roku było do przesady upalne. Na mojej twarzy usiadła mucha, malutki skrzydlaty owad. Taka zwykła mała muszka… To wtedy po raz pierwszy w życiu poczułem się tak strasznie bezsilny, i to właśnie wtedy po raz pierwszy przebiegła mi przez głowę szalona, kosmiczna myśl: jeżeli przeżyję, przejadę na wózku Europę i spróbuję nadać tej strasznej tragedii jakąś wartość. Sens. Nic więcej. Tyle.

To ostatni mój wiersz, opowiada o marzeniach i o tym co ważne i piękne, aby nie odkładać tego do szafy, do szuflady na później…

PD

O24: Dziękujemy za przeprowadzony wywiad.

Olgierd Jastrzębski

Już od prawie ćwierćwiecza urzęduje w Opalenicy, co czyni mnie według miejscowych norm społecznych - Rodowitym Opaleniczaninem i uwierzcie mi bądź nie, ale wcale nie czuję się z tym źle. Staram się spoglądać na otaczającą rzeczywistość z przymrużeniem oka oraz lekkim dystansem, co z reguły nie przeszkadza w codziennym życiu, a nielicznych zwyczajnie wkurza.

You may also like...

Loading Facebook Comments ...