Dakowski Dwór

3 x P

Na wstępie jestem zobligowany przytoczyć Państwu znane polskie powiedzenie ilustrujące w doskonały sposób sytuację na obecnym w Polsce (lub jego braku) rynku pracy – „jaka płaca, taka praca”.

Tak, drodzy Państwo. Trudno jest przytoczyć jakie dokładnie myśli chodziły po głowie autora podczas tworzenia tej wspaniałej i jakże barwnej metafory. Zmuszając więc do wysiłku swoje wszystkie szare komórki (których co prawda niewiele już zostało) postaram się rozwikłać tą mistyczną zagadkę.

Na początek powinniśmy rozłożyć zdanie na czynniki pierwsze, zaczynając od dwóch pierwszych słów: „JAKA PŁACA”. Tutaj zaczynają się schody. Strome i wysokie prowadzące zwykle do Powiatowego Urzędu Pracy (PUP) lub za granicę do sąsiednich krajów. Z racji na swoją obecną sytuację rodzinną postanawiam pójść na łatwiznę i odwiedzam jeden z PUP mieszczących się w sąsiednim mieście. Dojazd pociągiem jest stosunkowo niedrogi, a z braku kursujących autobusów wybieram więc ten pierwszy środek lokomocji. Znajduję stosowne połączenie, idę na peron, wsiadam i jadę PO PRACĘ I NOWE ŻYCIE.

Już przy samym wejściu do PUP uraczyła mnie jego jasno zielona, blaszana konstrukcja. Kolor nadziei. Nabieram wiary głęboko w płuca i wchodzę do środka. Widzę masę ludzi stojących nieopodal tablicy z ogłoszeniami o pracę. Tak naprawdę krzątają się jak mrówki nie wiedząc dokładnie co z sobą zrobić ani po co tu przyszli. Nie przejmując się zbytnio innymi, udaję się w wyznaczone miejsce do pokoju nr 14, gdzie jestem umówiony z sympatyczną Panią, która ponoć potrafi znaleźć dla mnie ciekawą pracę. Pukam do drzwi, uchylam je i pytam (najpierw przedstawiając się) uprzejmie czy mogę wejść.  Zostaję zbyty machnięciem ręki i stanowczym „niech Pan poczeka”.

Stoję przed wejściem i spoglądam na siedzącego nieopodal mnie faceta w starszym wieku. Chyba znalazł wymarzoną pracę, gdyż jego rozentuzjowana i głośna rozmowa telefoniczna słyszana jest na całym korytarzu. Jeżeli jemu się powiodło, to dlaczego i mnie by się nie udało? Wiedziony dobrym przeczuciem, skoro i tak muszę poczekać na swoją kolej, podchodzę do tablicy ogłoszeń i zaczynam lustrować ogłoszenia od góry do dołu: cieśla, murarz, telemarketer, tynkarz, kierowca C, kierowca CE, pomoc piekarza, telemarketer, pracownik do krojenia chleba, telemarketer, murarz. Cholera, nic na moje kwalifikacje. Nie poddaję się i szukam dalej: pracownik gospodarczy, tynkarz, kierowca, telemarketer, murarz, palacz, piekarz. Powoli dostaje zawrotów głowy, aż natrafiam na ogłoszenie stworzone zdaje się specjalnie dla mnie: pracownik administracyjny z językiem angielskim. Sprawdzam szczegóły – wymagania: wykształcenie wyższe (bingo!), język rosyjski oraz angielski na poziomie zaawansowanym (bingo!), umiejętność analitycznego myślenia oraz samodzielność (z tym trochę gorzej), doświadczenie minimum 5 lat na podobnym stanowisku (bingo!). Lepiej trafić nie mogłem. Podniesiony na duchu perspektywą znalezienia fajnego ogłoszenia już miałem odejść (z pokoju nr 14 wyszedł petent, pora więc na mnie) od tablicy gdy pod ogłoszeniem, drobnym druczkiem doczytałem: wynagrodzenie 1600 złotych brutto, umowa zlecenie, na zastępstwo w Zbąszyniu. Hurra. Życiowa szansa…

Po uwzględnieniu wszystkich kosztów jakie poniósłbym dojeżdżając do pracy własnym środkiem transportu w kieszeni zostało by mi niecałe 600 złotych. Ekonomiczniej będzie gnić kolejny miesiąc na bezrobociu za 500 złotych netto miesięcznie, dorabiając w dodatku od czasu do czasu na korepetycjach.

Wchodzę po raz kolejny do pokoju nr 14. Mina mi posmutniała, to nie był mój dzień. Musiałem wyglądać jak każdy standardowy bezrobotny zjawiający się z wizytą, gdyż siedząca Pani przywitała mnie srogą miną, miłej urzędniczki. Podpisałem stosowne dokumenty poświadczające o mojej nieudolności do pracy oraz aktywizacji rynkowej, zastanawiając się jaką ofertą pracy są w stanie dzisiaj mnie zaskoczyć. Urzędnika podała mi świstek. Telemarketer. Murarz lub piekarz. Do wyboru do koloru. Wcale nie byłem zdziwiony.

Machnąłem ręką i wyszedłem.

Sukces masz wypisany na twarzy głosiła jedna z kampanii społecznych dotycząca bezrobotnych polaków.

Magiczne cyfry 3760,45 (średnia krajowa zarobków brutto w Polsce według GUS na dzień 2013-09-17) śnią mi się czasami po nocach, niczym objawienie, które nigdy nie nastąpi. Kto tyle zarabia, sprzątaczka w gimnazjum czy prokurent w sądzie? A może pomocnik piekarza? Zaskoczę was drodzy Państwo. Otóż, statystycznie: każdy polak.

Pod stołem, czy nad. Na lewo, czy prawo. Na biało, czy czarno. WSZYSCY: Politycy, dziennikarze, górnicy, mechanicy, prawnicy, sklepikarze, telemarketerzy, informatycy a nawet sam prezydent. Mógłbym wyliczać bez końca wszystkie zawody uprzywilejowane do średniej krajowej, ale to bez sensu bo wiemy, że powód jest zupełnie inny.

Warto zadać sobie pytanie, drodzy Państwo gdzie naprawdę są te pieniądze figurujące pod enigmatyczną nazwą średniej krajowej. Banalny przykład: porównajmy zarobki prezesa średniej spółki handlowej z miesięczną pensją na poziomie (a co, zaszaleję sobie!) 12000 PLN z przeciętnym Kowalskim który tyra na budowie za 2000 PLN mając na utrzymaniu żonę i dwójkę dzieci. Statystycznie obydwoje zarabiają po 7000 PLN, więc prezesowi spółki handlowej jest w niesmak, gdyż musi zrezygnować z zaciągania kolejnych kredytów na drogie samochody. Kowalski zaś skacze z radości gdyż poziom jego życia znacznie wzrasta i w końcu może pozwolić sobie na luksusowe gazowe centralne ogrzewanie. Praktycznie pieniądze wciąż są w kieszeni prezesa, a Kowalski nadal klepie biedę. Nic się nie zmienia. Constans.

„TAKA PRACA”

Rynek pracy w Polsce, pomimo spadającego z każdym miesiącem (i tak dużego) bezrobocia jest rynkiem bardzo zamkniętym i nieprzejrzystym. Ofert pracy na przeróżnych portalach jest mnóstwo. Nie wspomnę tutaj o takich zawodach jak telemarketer, kierowca czy murarz, bo nie sposób ich zliczyć. Lecz o tych które pojawiają się dosyć często oraz na które trudno znaleźć odpowiednią, „wykwalifikowaną” osobę. Dlaczego w cudzysłowie, już tłumaczę.

Szukamy pracy. Przeglądamy oferty i natrafiamy na jedną z ciekawszych, na fajnie brzmiącym stanowisku ASYSTENTA ZARZĄDU. Doświadczenie minimum 4 lata na podobnym stanowisku, dwa języki obce na poziomie biegłbym, wykształcenie wyższe (mało istotne jakie, tutaj liczy się papier), umiejętności manualne i interpersonalne na poziomie Jamesa Bonda, najlepiej w wieku do 24 lat z własnym samochodem, bez nałogów, dzieci, życia osobistego i ambicji. Do tego dyspozycyjność w pracy 24/7, szczere oddanie firmie oraz umiejętność robienia kawy latte czy cappuccino z delikatną pianką. Dobra aparycja mile widziana. I wiele innych KONIECZNYCH wymagań, które Bóg wie który potencjalny kandydat potrafi spełnić.

W tym miejscu zaczynają się kolejne schody. Również strome i wysokie. Wcielmy się na moment w świeżo upieczonego absolwenta studiów wyższych pana Nowaka. Nowak nie ma absolutnie żadnych szans na zdobycie takiego stanowiska. Brak doświadczenia, gdyż na studiach uczyli wyłącznie mało istotnych definicji społeczeństwa, filozofii Locke’a czy kultury żyjących na wschodzie Beduinów. Pomimo tego jest bardzo inteligenty i szybko się uczy, ale brzydki jak noc – przegrany na samym starcie. Ma dziewczynę (czyt. życie osobiste) – odpada.

Trudno jest zdobyć jakiekolwiek doświadczenie w jakiejkolwiek pracy gdzie wymagają od kandydata kilkuletniego doświadczenia. Firmie bardziej opłaca się zatrudnić doświadczonego idiotę którego łatwo utemperować w odpowiednim kierunku niż wschodzącego intelektualistę posiadającego własne (często i słuszne) zdanie. Brak jakiegokolwiek consensusu.

Co nam pozostaje – PUP, wyjazd za granicę albo (opcja dla bardziej odważnych) założenie własnej firmy, która i tak prędzej czy później zostanie wykończona przez składki ZUS i US. Tym którym się to udało, szczerze gratuluję i życzę sukcesów na najbliższe lata.Nowak postanawia jednak pójść na całość. Na przekór wszystkiemu i wszystkich (zwłaszcza swojej dziewczyny), pełen entuzjazmu, energii i nadziei na lepsze życie wyjeżdża do kraju gdzie mleko i miód płynie szerokimi strumieniami – najczęściej do Anglii (blisko, lot tani, język niekoniecznie wymagany). Znajdzie dobrze opłacaną pracę, pozna nowych ludzi, zwiedzi trochę świata i w ogóle będzie fajnie. Udaje się.

Po 7 latach pracy na stanowisku kasjera w McDonald’s, starszy nieco Nowak wypala się zawodowo i niesiony patriotycznym westchnieniem postanawia wrócić do swojej ukochanej ojczyzny. Pracując za funty zaoszczędził sporą sumkę pieniędzy, a w kraju gdzie króluje złotówka może pozwolić sobie na życie powyżej średniej krajowej. I tak szaleje, nie bacząc na konsekwencje swoich decyzji. Zgromadzone pieniądze pozwalają mu na dosyć wystawne życie przez dwa lata aż do momentu gdy suma środków na koncie bankowym nieubłagalnie zbliża się do zera. Wtedy zapala się czerwona lampka – pora poszukać sobie jakiegoś zajęcia. Mógłby założyć firmę, ale wydał wszystkie pieniądze do cna i został bez grosza przy duszy.

Nie daję za wygraną, postanawia poszukać ofert pracy w internecie. Propozycji mnóstwo na ciekawych stanowiskach, wymagane konkretne doświadczenie a tego u Nowaka po 7 latach pracy jako sprzedawca brak. Udaje się więc do PUP. Przegląda listę ogłoszeń: murarz, tynkach, telemarketer, kierowca, piekarz, tynkarz, malarz etc.

Zawroty głowy. Smutek i rezygnacja.

Historia lubi zataczać swoje koło.

Dziękuję, dobranoc.

Olgierd Jastrzębski

Już od prawie ćwierćwiecza urzęduje w Opalenicy, co czyni mnie według miejscowych norm społecznych - Rodowitym Opaleniczaninem i uwierzcie mi bądź nie, ale wcale nie czuję się z tym źle. Staram się spoglądać na otaczającą rzeczywistość z przymrużeniem oka oraz lekkim dystansem, co z reguły nie przeszkadza w codziennym życiu, a nielicznych zwyczajnie wkurza.

You may also like...

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.


trzy × = 24

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>